Death & Co.

Większość lokali naszej stolicy mam już odhaczone i dlatego w poszukiwaniu mocniejszych wrażeń udałem się za wielką wodę do ojczyzny koktajli, a konkretnie do Nowego Jorku. Proszę mnie źle nie zrozumieć, używając sformułowania „mocniejszych wrażeń” nie chodziło mi o wyższą procentowość trunków, ale o wyższą jakość dostarczanych doznań. Skrupulatnie przygotowałem się do mojej eskapady, tym bardziej, że mój pobyt miał się zapiąć w sześciu dniach. Wybrałem zatem te bary które stawiane są na panteonie, filarze czy wręcz opoce światowego barmaństwa i … ruszyłem w drogę.

Zacząłem z grubej rurki czy też słomki i odwiedziłem jako pierwszy lokal speakeasy czyli PDT (Please Don’t Tell). Adres łatwo znalazłem w necie co od razu zdeklasowało PDT jako sekretny bar, no chyba że sekretem miało być wejście przez budkę telefoniczną – również zaznaczone w internetowym przewodniku; fakt, dla niewtajemniczonego wejście jest ukryte. Najpierw należy udać się drzwi obok do baru szybkiej obsługi gdzie za rogiem stoi wspomniana budka. Ciężko powiedzieć jaką kuchnię serwuje przechodni bar, ale na pewno wielce śmierdzącą, gdyż zapach spalenizny utrzymujący się przez kolejne kilka godzin w moich włosach skutecznie zamordował większość doznań koktajlowych. Po zakręceniu cyferblatem telefonu, otwierają się drzwi gdzie stojący w progu dżentelmen z sobie tylko znanym zadowoleniem na twarzy informuje, że miejsc nie ma i dziś już nie będzie, nawet za cztery godziny bo przecież mamy piątek wieczór. Nieźle musiałem się nagimnastykować miedzy innymi powołując na wspólnych znajomych, aby móc zasiąść przy barze na nie dłużej niż 15 minut.

Lokal okazał się dość mały, z 10 stołkami przy barze, kilkoma stolikami pod ścianą i subtelną muzyką w tle, dodatkowo “dociśnięty” drewnianą podłogą na suficie, o którą miało się wrażenie szorować czubkiem głowy. Ściany ceglane z kilkoma trofeami myśliwskimi, i oczywiście pięknie podświetlony bar z drewnianymi kolumnami w tle. Asortyment alkoholi bardzo szeroki, ale bez specjalnego ukierunkowania. Karta koktajli krótka ale wszechstronna. Z pozycjami przypominającymi prawdziwe koktajle, a nie zlepek “domowych produkcji” (homemade) jak to ma miejsce u nas w kraju. Nie żebym krytykował własną barmanów produkcję, ale nie lubię jej przesycenia. Cena koktajli uśredniona, z podatkiem i napiwkiem musimy zostawić 25$ za 7 łyków jednego koktajlu, co przy deficycie budżetowym może zmusić do picia jeszcze mniejszymi łyczkami. Kierunek koktajli południowoeuropejski, bardziej gorzki niż typowo kwaśny amerykański. Serwis fachowy, bez zbędnych trików i popisów. Obsługa elegancka, ale nie w usztywniający sposób. Hospitality niskie jak na bar gdzie przyciszona muzyka pozwala wymienić z gośćmi więcej niż tylko uśmiech na powitanie i pożegnanie.

Sumując. Miejsce na pewno warte odwiedzenia dla miłośników sekretnych koktajlbarów. Dobre żeby na pierwszej randce oczarować, ale na pewno nie żeby wyskoczyć z koleżankami lub kumplami na kilka koktajli. Atmosfera stonowana i przytulna, ale nudna dla tych którzy potrzebują więcej „ocierania się”. Dla mnie miejsce jednorazowe – pójść, napić się, oznaczyć na FB i umyć włosy… W skrócie: “bez bajeru telefonicznej budki – bar byłby bardzo krótki” (poeta mnie się włączył).

Kolejnym miejscem jaki odwiedziłem, korzystając z bliskiej odległości od opisanego wyżej PDT, było Death & Co. Niespecjalnie wyraźnie oznaczonego wejścia, z masywnymi drewnianymi drzwiami strzegł miły pan oczywiście z listą rezerwacji w ręku. Śpiewka dokładnie jak wyżej czyli wejście bez wcześniejszej rezerwacji możliwe grubo po północy. Na szczęście w czasach niedoboru płci męskiej, dobrze wyglądający, szpakowaty pan zawsze zostanie dopuszczony do koryta. Miejsce okazało się niewiele większe od poprzedniego. Kilkanaście hokerów przy barze, pod ścianami stoły z wygodnymi kanapami, ściany przyozdobione dla odmiany kinkietami i….. znowu podłoga na suficie. Na szczęście wyżej i może dlatego nie odczułem wrażenia czochrania skalpu. Bar skromniej przyozdobiony niż poprzedni, ale nie miało to większego znaczenia bo najlepszą dekoracją zawsze są butelki, a tych było aż 5 ściśniętych pięter. Poza tym flaszki w potrójnych rynnach pod barem i buteleczki z dodatkami w rzędzie na barze. W życiu nie widziałem tylu w jednym miejscu, no chyba że w takiej jednej barmańskiej szkole. Najmniejszy udział w asortymencie miały wódki – chyba były tylko 4 pozycje. Najwięcej było rumów (gdyby nie sumować whisky ze wszystkich stron świata) bo ponad 40. Z pozycji mniej oczywistych w naszych rodzimych barach było ponad 30 ginów, ponad 25 mezcali i 20 ziołówek.

Ponieważ było w czym wybierać karta koktajli też była szeroka z podziałem koktajli: na bazie win wzmocnionych & Co, alkoholi destylowanych i tych dodatkowo starzonych. Bardzo duże zróżnicowanie składników i wszelkich własnej roboty (ale bez przesady) dodatków, sprawia iż każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Jeżeli komuś nie wystarczą propozycje z regularnej karty to może zamówić koktajle oznaczone jako ekskluzywne za które trzeba zostawić bagatela 40$. Aż tak małymi łykami pić nie umiem dlatego wystarczyła mi regularna karta. Po krótkim ale fachowym wywiadzie przeprowadzonym przez szeroko uśmiechniętego, eleganckiego barmana, dostałem dość lekki alkoholowo ale napakowany aromatami koktajl pod nazwą „Secret Weapon”. Z czujnością pasikonika czekałem na działanie, ale poza ambrozją w ustach nic sekretnego się więcej nie pojawiło. Pojawił się za to już znaczny tłumek rozgrzanych i rozbawionych gości. Żal było wychodzić, ale ostatni łyczek dawno zniknął w czeluściach mego gardła, a przed sobą na wieczór zaplanowany miałem jeszcze jeden lokal.

Ogólne lepsze na mnie wrażenie sprawiło Death & Co. niż PDT, ale oczywiście należy wziąć pod uwagę większy rozmiar lokalu, późniejszą godzinę i już drugą dawkę procentów w moim organizmie. Tak czy siak nie nudziłem się. Barmani nie skupiali się na sobie, ale na gościach i ich odczuciach. Nie jestem pewien czy atmosfera była sterowana przez obsługę czy też przekształcała się samoistnie od eleganckiej stonowanej aż po szaleńczo energetyczną. Mógłbym przesiedzieć tam cały wieczór czy to sam, czy ze znajomymi, a i tak czułbym się, że jestem w centrum zabawy. Powinienem jeszcze wspomnieć o szerokiej jak na koktajlbary karcie piw, win i przekąsek. Miejsce godne polecenia, niestety dla tych z workiem pieniędzy.
Wieczorny tour zakończyłem w Pegu Club, czyli w pewnym sensie wszedłem na trzeci szczebel koktajlbarowej drabinki. Klubem jest wyłącznie z historycznej nazwy wywodzącej się z minionej epoki. Wyżej wspomniany trzeci szczebel polega na tym iż był to najbardziej energetyczny ze zwiedzonej przeze mnie tego dnia trójki, co wcale nie oznacza że najlepszy. Brak selekcji i jakiejkolwiek bramki umożliwił mi swobodnie dostać się po schodach na piętro, gdzie powitała mnie głośna muzyka i dość pokaźny tłumek. Korzystając z umiejętności nabytych w naszych sklepach dyskontowych, szybko utorowałem sobie drogę do baru i to nawet do pierwszego rzędu. Pomocnik barmana dość szybko wyłowił mnie z tłumu obdarzając szklaneczką wody i kartą menu, w którą od razu zapuściłem żurawia. W niej głównie klasyczne koktajle poddane własnej barmanów obróbce i podkręcone dalekowschodnimi aromatami. Dodatkowo dość szeroka lista koktajli z szampanem. Mnie zaintrygował Kill-Devill z recepturą z 1640 r. co wyraźnie zostało zaznaczone w karcie. Nie musiałem długo czekać na uwagę barmana, który mimo otaczającego nas gwaru i głośnej muzyki, postarał się nawet wymienić ze mną kilka zdań i to z uśmiechem. Wprawnie opisał koktajl, podkreślił, że nazwa jest adekwatna do działania (czym utwierdził mnie w wyborze) i fachowo wziął się do przygotowania. Od razu poznałem że mam przed sobą fachowca, który wiedział co oznacza szybkość i ergonomia pracy. Mimo iż prosty w składzie, koktajl był idealnie zbalansowany i efektownie, z połówka płonącej limonki, podany (znowu poeta mi się włączył). Teraz mogłem zająć się podziwianiem baru, gdzie podobnie jak w poprzednich kluczowym były półki z alkoholami wsparte kolekcjonerskimi gadżetami i fachowymi książkami. Bar dość długi z rzędem 20 hokerów , a pod ścianą stoliki z liczbą ok. 40 miejsc. Na ścianach po za kinkietami nie było żadnych dekoracji, w oknach tylko typowo dalekowschodnie maskownice, widać było że najważniejszym jest tutaj bar.
Koncept lokalu odebrałem bardzo pozytywnie. Szybko przeprowadziłem analizę TETRIS (spójności). Rzucało się w oczy przyłożenie uwagi do detali zarówno w wystroju, jak i w doborze alkoholi, składników i menu koktajlowego. W porównaniu do poprzednich dwóch lokali ceny niższe, bo ok. 20$ za 7 łyków. Na pewno dobre miejsce żeby pobawić się ze znajomymi w lokalu na pograniczu koktajlbaru i typowego nocnego klubu. Nie do końca fortunne dla tych, którzy chcą sobie pogawędzić i potrzebują więcej własnej przestrzeni.
Ciężko mi sobie teraz przypomnieć, ale wydaje mi się że nad barem również wisiała podłoga…

C.D.N.

Patryk Le Nart
Dyrektor i założyciel Międzynarodowej Szkoły Barmanów i Sommelierów, właściciel Bar Catering i portalu koktajlowego MojBar.pl. Posiada wykształcenie kierunkowe zdobyte w USA i wieloletnie doświadczenie zawodowe w najlepszych lokalach Nowego Jorku. Współtwórca oraz sędzia techniczny konkursów barmańskich w stylu klasycznym i flair. Od lat występuje w roli eksperta, konsultanta, konferansjera. Miłośnik barmaństwa na najwyższym poziomie, znawca wykwintnych alkoholi i właściciel największej w Polsce ich kolekcji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here