Festiwal Wódki i Zakąski, materiały z wystawy Muzeum Wódki

Festiwale, festiwale…

Polacy od zawsze kochają festiwale, czy to Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, Pieśni Radzieckiej w Zielonej Górze, czy w końcu te najbardziej popularne w Sopocie, Opolu czy też … Kielcach. Tak więc nie ma co się dziwić, że jak tylko liczne marki mocnych trunków zaczęły się sukcesywnie pojawiać na naszym rynku, festiwale alkoholowe ogromnie zyskały na popularności, bo przecież od kieliszka do piosenki i z powrotem – krótka droga.

Ponoć tylko w tym roku odbędzie się w sumie kilkanaście festiwali poświęconych różnym napitkom. Nie jestem fanem wielkich spędów i rytualnej konsumpcji alkoholu w ilościach „półhurtowych”, stąd w przeciągu ostatniego roku odwiedziłem tylko trzy festiwale. Trochę z obowiązku, trochę służbowo, a trochę z ciekawości. Aby mieć możliwość porównania, wybrałem trzy tematycznie różne festiwale. Trudno tu jednak mówić o urozmaiceniu, gdyż formuła wszędzie panuje taka sama – człowiek chodzi z kieliszkiem zawieszonym na „szubienicy” u szyi (bardzo wymowne) i spożywa napoje wysokoprocentowe. No, może urozmaicenie jest dnia następnego, bo kac kacowi nie równy. Motto organizatorów takich wydarzeń bywa na ogół bardzo wzniosłe: edukacja i promowanie wysokiej jakości produktów oraz odpowiedzialnej ich konsumpcji.

Festiwal Whisky w Jastrzębiej Górze

Wszystko zaczęło się bodajże od Festiwalu Whisky w Jastrzębiej Górze, a konkretnie od wybudowania najbardziej klimatycznego whisky „baru” jaki widziałem. Niech żałuje ten, kto jeszcze nie był w domku żywcem ze Szkocji przeniesionego i postawionego nad Bałtykiem. Festiwal stał się pewnego rodzaju wydarzeniem kultowym, z którego datą na uwadze planuje się w Polsce wakacje, także rodzinne. Poza rekonesansem z kieliszkiem na naprawdę dużej powierzchni, uczestnicy mogą brać udział we wszelkiego rodzaju wykładach i prelekcjach, których jest niemało. Atmosferę dopieszczają, co jest dużym plusem, występy na scenie i różnego rodzaju konkursy. Festiwal jak się patrzy! Minusem, i to poważnym, jest to, że wielu gości wychodzi stamtąd tuż przed zamknięciem dosłownie na czworakach. Przydałaby się jakaś „służba oczyszczania miasta” z alkomatem i czerwonymi kartkami w kieszeni. Tak więc, jeśli chcecie czegoś się dowiedzieć, porozmawiać z wystawcami i kulturalnie się pobawić, lepiej przyjdźcie w ciągu dnia.

Festiwal Wódki i Zakąski w Warszawie – czyli „morze wódeczki i wysepka przekąsek” zaliczył małą wpadkę. Podobnie jak większość odwiedzających, spodziewałem się, poza standardowym marszem szubienicznika, stołów zastawionych regionalnymi potrawami i tytułowymi zakąskami. Niestety ich brak spowodował pewne rozczarowanie. Na szczęście organizatorzy szybko odrobili lekcję, wyciągnęli wnioski i już następnego dnia duży asortyment przekąsek był roznoszony na tacach. Pozwala to mieć nadzieję, iż w drugiej edycji festiwalu niczego nie zabraknie. Niewątpliwą i unikalną atrakcją (niestety jedyną z tych bardziej edukacyjnych) była zapowiedź otwarcia Muzeum Wódki oraz prezentacja części eksponatów. Wygląda na to, że niedługo będzie można nie tylko raczyć gości, także tych z zagranicy, wódką, ale również pokazać bogatą historię jej powstania. Duży plus dla organizatorów za to, iż podjęli się organizacji festiwalu wokół tego rodzaju alkoholu, który jest najbliższy naszym sercom i przełykom, ale, według wielu opinii, niestety jest najmniej seksowny. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby organizować ten festiwal zimową porą. Słoneczna pogoda i pierwszy w roku gorący weekend sprawił, iż budka z piwem cieszyłaby się największym zainteresowaniem.

Ostatnim z trójki, jaki odwiedziłem, był wrocławski Rum Love Festiwal. Najmniejszy, jeżeli chodzi o powierzchnię wystawową, ale najciekawszy, gdyż w odróżnieniu do festiwalu whisky, nie wystawiali się tam znani magnaci rynku, ale pomniejsi gracze – w niektórych wypadkach jeszcze nieobecni w naszym kraju. Liczba marek rumów była naprawdę imponująca, a pikanterii dodawały perełki z najodleglejszych zakątków świata. Nie zabrakło warsztatów, wykładów i dodatkowych atrakcji towarzyszących. Duże brawa należą się organizatorom za sprawne działanie, mocno wyprzedzającą kampanię reklamową i niewyczerpane źródło wody pitnej dostępnej dla każdego odwiedzającego.

Rum Love Festiwal, źródło: FB @rumlovefestiwal

W oczekiwaniu na kolejne festiwale, które najpewniej powstaną, poświęcone ginom, brandy czy alkoholom wytwarzanym z agawy, warto się zastanowić czemu i komu mają one służyć. Każdy medal ma dwie strony, a ten nawet trzy. Zacznijmy od głównych beneficjentów, czyli organizatorów, którzy w wypadku największych imprez są w stanie zarobić w dwa dni nawet kilkaset tysięcy. Oczywiście, na zysk składa się całoroczna praca związana z organizacją, jednak wynik jak widać mobilizuje coraz większą rzesze do chęci uszczknięcia tortu. Tym, dla których wizja festiwalu to tour z kieliszkiem w ręku, nie wróżę sukcesu, gdyż zaczyna to być po prostu nudne. Jak najbardziej zróżnicowane atrakcje towarzyszące są tym, co ściągnie na przyszłość tłumy i pozostanie w pamięci Gości spodziewających się festiwalu nie tylko z nazwy.

Największymi udziałowcami w kosztach są oczywiście firmy alkoholowe. Nakłady, jakie musza ponieść zależą od wielkości stoiska, atrakcyjności miejsca, wizualności w materiałach promocyjnych etc. Jeżeli doliczyć do tego wartość lanego alkoholu i koszty logistyczne z jakimi muszą się liczyć, to taka impreza kosztuje jednego wystawcę kilkadziesiąt tysięcy. W dobie zakazu reklamy alkoholi mocnych jest to pewnego rodzaju możliwość szerokiego pokazania się, zwłaszcza dla firm, których dział marketingu nie jest rozwinięty lub tym, którzy nie mają lepszych koncepcji. Większe konsorcja rezygnują z udziału w niektórych imprezach między innymi dlatego, iż czują na plecach wzrok swojego dyrektora finansowego, który potrafi dobrze i szybko liczyć i prędzej czy później zada to nieuchronne pytanie: „czy warto było?”

Czas wspomnieć o tych, dla których ponoć organizowane są takie imprezy, czyli o odwiedzających. Festiwale są dobrą okazją, aby popróbować unikalnych produktów, wziąć udział w masterclassach i w końcu spotkać bratnie dusze. Kalkulacja inwestycji jest tutaj bardzo prosta: płaci się określoną kwotę i pije cały dzień. Niestety, za dodatkowe atrakcje lub produkty z wyższej półki trzeba już płacić extra lub są one dostępne tylko wybrańcom. Mimo to, zainteresowanie wśród gości nadal jest w miarę wysokie. Piszę „nadal”, gdyż przewiduję, iż w najbliższym okresie dojdzie do przesytu, zwłaszcza na polu „rudej na myszach” czyli whisky. Jeżeli organizatorzy trzymać się będą kurczowo znanego już wszystkim scenariusza i nie zaoferują ciekawszych opcji i bardziej innowacyjnych alternatyw, to atrakcyjność takich imprez zacznie pikować w dół. Ci sami wystawcy oferujący te same produkty w żadnym wypadku nie podwyższają standardu takich imprez i nie przyciągają nowych klientów. Każdy klient, mimo ciekawej oferty alkoholowej, w końcu zorientuje się, że nie on jest najważniejszy, lecz stanowi tylko tło i zacznie wymagać więcej. Czekam na festiwal, gdzie po dwóch godzinach i trzech rundkach dookoła, goście nie będą postawieni przed dylematem: czy iść do domu, czy dopić się darmowymi próbkami i niewiele pamiętać z imprezy, która przecież miała być „edukacyjna”.

Patryk Le Nart
Dyrektor i założyciel Międzynarodowej Szkoły Barmanów i Sommelierów, właściciel Bar Catering i portalu koktajlowego MojBar.pl. Posiada wykształcenie kierunkowe zdobyte w USA i wieloletnie doświadczenie zawodowe w najlepszych lokalach Nowego Jorku. Współtwórca oraz sędzia techniczny konkursów barmańskich w stylu klasycznym i flair. Od lat występuje w roli eksperta, konsultanta, konferansjera. Miłośnik barmaństwa na najwyższym poziomie, znawca wykwintnych alkoholi i właściciel największej w Polsce ich kolekcji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here