Bary hotelowe zajmują w moim sercu zaszczytne pierwsze miejsce. Zawsze kojarzyły mi się z najwyższej jakości serwisem, doskonałymi koktajlami, luksusem i….. wysoką ceną. Jako początkujący literat, któremu nadal blisko jeszcze do „literatki” uznałem, iż najwyższa pora przyjrzeć się tym przybytkom i za jednym zamachem połączyć swe pasje do pisania oraz degustowania dobrych trunków.

O dziwo, jak na „miasto, które nigdy nie śpi”, Nowy Jork ma chyba najwięcej hoteli na metr kwadratowy, a samych pięciogwiazdkowych chyba z tysiąc. Z tego wielkiego „gwiazdkozbioru” musiałem wybrać kilka najbardziej znanych i polecanych oraz przyjrzeć się im z bliska, standardowo oceniając wystrój, jakość obsługi, czystość i oczywiście… koktajle. Z perspektywy moich wizyt mogę stwierdzić, iż najwyższej klasy hotele dzielą się przede wszystkim na dwie grupy: te historyczne, old-schoolowe (w dobrym tego słowa znaczeniu) oraz te bardziej nowoczesne, skierowane do mniej tradycyjnego odbiorcy. Dzisiejszy tekst poświęcę hotelowi z tej pierwszej kategorii.

The St. Regis New York to hotel otwarty w 1904 roku. Z miejsca stał się ikoną luksusu. Mimo swojej burzliwej historii, podczas której często zmieniał właścicieli, zawsze pozostawał jednym z najbardziej luksusowych hoteli świata. W roku 1948, po renowacji i umieszczeniu na centralnej ścianie baru malowidła „Old King Cole” autorstwa Maxfielda Parrisha, otwarto odrestaurowany „King Cole Bar”, jeden z piękniejszych barów jakie kiedykolwiek widziałem.

Interior of Old King Cole Bar   St. Regis Hotel   Midtown   Manhattan   New York City   USA 24737072610 300x192 - The St. Regis Bar w Nowym Jorku - recenzja
By Adam Jones from Kelowna, BC, Canada

Aby wtopić się w tłum (a raczej jak się potem okazało – mały tłumek), dla pewności odstawiłem się jak stróż w Boże Ciało i z pewną siebie miną stałego Gościa wmaszerowałem do środka. Spodziewałem się, że standardowo, przy wejściu ktoś mnie powita i poprowadzi do stolika lub baru, ale niestety nikt na mnie nie czekał. Z nonszalancją potomka nafciarzy z Texasu wybrałem sobie zatem sam strategiczne miejsce w kącie baru, mając dzięki temu wgląd w to co dzieje się również pod barem. No i się zaczęło…

Wygląd barmana od pasa w dół pozostawiał wiele do życzenia, na podłodze leżały papiery i kapsle, centralnie ustawiony kubeł z wywiniętym worem na śmieci etc. Pożałowałem trochę mojego strategicznego punktu obserwacyjnego, no ale przecież byłem w pracy. Mimo, iż bar raczej nie miał obłożenia, barman zwrócił na mnie uwagę dopiero po 5 minutach, wydając z siebie powitanie w stylu „co podać?” W eleganckiej karcie drinków całą stronę poświęcono historii powstania Bloody Mary, a właściwie stworzenia w 1934 roku przez niejakiego Ferdynanda Petiot, barmana z St. Regis, protoplasty BM, czyli koktajlu pod nazwą Red Snapper. Poza kilkoma wariacjami tego klasyka, w karcie drinki raczej zachowawcze w wyrównanej cenie 24 dolarów. Na uwagę zasługuje fakt, iż na 11 kompozycji aż 5 było opartych na tequili. Pozycje dwunastą zajmował wyróżniony tłustym drukiem i wzmocniony ramką koktajl za jedyne 190 dolarów, składający się z Dom Perignon, Hennessy Paradis i Grand Marnier 100.

Tym razem sobie go darowałem, podobnie jak Bloody Mary, którą miałem zaplanowaną dopiero na śniadanie. Nadal nie wychodząc z roli stałego bywalca podobnych przybytków, zamówiłem wbrew zdrowemu rozsądkowi chyba najbardziej pojechany z proponowanych koktajli składający się z ginu, likieru z bzu, soku grejpfrutowego i czerwonego wina. Mój barman wrócił do swojej przerwanej pracy i z miejsca zabrał się do przygotowywania mojego koktajlu. Po 5 minutach obserwowania jak nalewa coraz to inne składniki, używa nowych narzędzi i przelewa do różnorodnych szklanek, zorientowałem się że albo ceny drinków wyrażone są w jakiejś kosmicznej walucie gdyż są one tak pracochłonne, albo mój gospodarz po prostu o mnie zapomniał. Na szczęście wypadło na to drugie, co było dość dziwne kiedy przy barze nie było więcej niż dwunastu Gości. Kiedy moje wyćwiczone chrząknięcie numer 5 przywołało mojego oprawcę, w ogóle nie wyglądał na zakłopotanego, za to otrzymałem w ramach przeprosin miseczkę… prażynek ziemniaczanych z posypką. Czymkolwiek by były posypane, nawet jadalnym złotem, nie zmienia to faktu iż był to ziemniak w oleju do kupienia za równowartość mniej niż 50 centów w Biedrze. Mimo, iż nadużywany w polskich barach, popcorn jest dużo bardziej elegancki. Powoli zacząłem obawiać się swojego koktajlu, zwłaszcza patrząc jak jest przygotowywany. Więcej gracji, fachowości i uczucia włożyłby w przygotowywanie koktajlu absolwent jednego dnia szkolenia barmańskiego, niż ten barman z dorobkiem na pewno kilkunastu lat pracy, a do tego w hotelu najwyższej klasy. Koktajl, jaki dostałem był wybitnie paskudny.

Jestem otwarty na nowe smaki, a do tego mam tolerancję na wszelkie udziwnienia, ale to była niestety najgorszego sortu parówka. Trzeba było zamówić to co na pewno umieją tu robić, czyli wybrać z dwustronicowej listy jakąś łychę na lodzie. Nie dopijając bełta za 30 dolarów, włączając podatek i napiwek, pożegnałem się z barem gdzie czas zatrzymał się kilkanaście lat temu. Piękny wystrój, oddech historii i tyle.

Dyrektor i założyciel Międzynarodowej Szkoły Barmanów i Sommelierów, właściciel Bar Catering i portalu koktajlowego MojBar.pl. Posiada wykształcenie kierunkowe zdobyte w USA i wieloletnie doświadczenie zawodowe w najlepszych lokalach Nowego Jorku. Współtwórca oraz sędzia techniczny konkursów barmańskich w stylu klasycznym i flair. Od lat występuje w roli eksperta, konsultanta, konferansjera. Miłośnik barmaństwa na najwyższym poziomie, znawca wykwintnych alkoholi i właściciel największej w Polsce ich kolekcji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here